poniedziałek, 24 stycznia 2011

Farłelsy i Samerajzy




Kochani, kochani!

Czas powoli zamykać bloga MOJE STANY - mam teraz do dyspozycji Doty Fine Arts Library, która, tak się złożyło i nad czym nie będę się rozwodzić, otworzyła dla mnie swe podwoje zaledwie 3 dni temu; doszłam więc do wniosku, że trzeba efektywnie ten czas wykorzystać, jak to się mówi - mimo wyczerpania zawaodnika, takiego ogólenego zmęczenia zbieraniem materiału i potrzebą przejścia do kolejnego etapu - dodać gazu przy mecie.
Musze przyznać, że nigdy nie byłam w tym dobra...podczas testu Coopera, wypadałam w krzaki z koleżaną na co drugim okrązeniu, ale przychodzi taki czas, że człowiekowi trzeba powalczyć.

Ale zamiast pożegnania w stylu "przeżyjmy to jeszcze raz" chciałabym żebyśmy się tu wspólnie razem zastanowili nad taką kwestią. Oto bilnas riserczu z dnia 24.1.2011 (bilans dotyczy wyłącznie materiałów cudem techniki pozyskanych drogą cyfrową):

MOJE MUZEA (materiały wizualne)
size: 5.54 GB (5,955,194,103 bytes)
contains: 2,812 Files, 23 Folders

MATERIAŁY SZKOLENIOWE
size: 20.4 GB (21,959,711,811 bytes)
Conatains: 13,290 Files, 151 Folders


Chciałabym tu dorzucić do tekstu ed by Michael Ann Holly i Marguard Smith "What is research in Art History?" takie pytanie: kto to wszystko będzie czytać?
Podnieca ale i przeraża mnie widok tych plonów, dlatego postanowiłam...jednak rozstania są swoistego rodzaju problemem...przydzielić każdej/mu z Was, Tobie, tobie i Tobie pewną partię materiału z mego dorobku do przerobienia. Widzę to na dwa sposoby - kolektywny i indywidulalny - kiedy to spotykamy się i każdy/a na głos referuje co przeczytał/a oraz kiedy to z poszczególnymi osobami spotykam się idnywidualnie w celu wysłuchania sprawozdania. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że dziś Historyczka sztuki łączy wiele funkcji - tę o której wspomniałam łączy z krytyką, a nawet byciem artystką...zdarza się czasem, że tak się zapętla i zapędza w swych funkcjach jak oirophoros, gdy okazuje się że napisała o własnej sztuce. Dążę jednak do dydaktyki: współczesna historyczka sztuki jest jak Rembrandt i Rubens, którzy mieli pomysł na te wielikie i solodne "firmy", jakimi się stali. Jak sobie wyobrażam moje studio, już powiedziałam - nie rezygnując z Waszego towarzystwa...
Dlaczego można sobie na to pozwolić? Ponieważ w każdym z nas tkwi niezależna induwidualna siła kreacyjna, taka twórcza różnica, która sprawia, że właśnie możemy sobie pozwolić na taką manufakturę intelektu. Przechadzam się po studio naukowym i widzę Darka, który jest na bieżąco z Leo Steinbergiem, idę dalej i wysłuchuję Beaty S., która jest obcykana w pismach Teresy de Lauretis, Filip nadrabia zaległości z queer theory, Tiruriru i Poczo uwijają się z folderem "modernizm", Karolinka czyta Mieke Bal i komentuje, Ola pilnie studiuje Michael Ann Holly i jej męza Keitha, argumentując które ciekawsze w tym dwuosobowym klubie intelektualnym, długo by jeszcze wymieniać, obiecuje że dla nikogo nie zabranie intelektualnej karmy. Kozu, bierzesz na siebie spóściznę Hegla? Acha, mam jeszcze przydział specjalny...cały pękaty folder literatury wokół Heideggera...komu by tu...Agata i Iza, antropolożki, na spółke go rozkminiają przy kawie. Wiem, że jest WAS znacznie więcej,poukrywanych...że matka się tym razem postarała. moich folderów też jest znacznie więcej: Ruszajmy z tym koksem!!!

Ale wiecie, zmęczyłam się wyliczaniem. Może już nadchodzi czas urlopu...czas urwania się w hot poza zasięg, pod wodę? No to daję nura!
DZIĘKUJĘ ŻE BYLIŚCIE ZE MNĄ!

środa, 19 stycznia 2011

LIST DO RODZICÓW (Przygotowania do powrotu do Polski)




Drodzy Rodzice,

Tak se siedze w kolekną noc i czytam ksiażki, wertuje z zapałem dzieła, na które spędziłam większość mego majątku kościuszkowskiego, lecz powoli zaczynam wybiegać myślą ku naszej kochanej Polsce. Przyszła mi do głowy taka koncepcja związana z czekającą mnie podwyżką opłaty za mieszkanie w Poznaniu, a także niepewnością kiedy to dostanę kolejne stypednium....one never knows....żebyście zaczeli już może weki dla mnie szykować. Zaakceptuję ogórki kiszone w słoiku, papryki marynowane i inne pikle. Mile widziane suszone mięsko z renifera, wino domowej roboty, a także nalewki. Przyzyczaiłam się tutaj bowiem do takiego nowego standatu w mym życiu, tj. piknika naukowego. Co to znaczy?! To znaczy, że apetyty intelektualne siędzą z apetytami sensualnymi na jednym kocyku i cieszą się :) Pamiętam nawet, że mamy taką rózową lodóweczkę w piwnicy, z którą zwykliśmy jezdzic nad jezioro...ach co to były za czasy...człowiek tylko udawał, że czyta ksiązki, a teraz już nie udaje, tylko czyta naprawdę, w skupieniu. I na to - podobnie jak na dziecięce zabawy w wodzie - schodzi dużo energii. Człowiek czasem wstanie z krzesła i ma wrażenie, że się zaraz przewróci taka słabość...Pamiętacie, jak żeście szykowali wałówki na nasze wyprawy? Jeśli nie, to przypomnijcie sobie lepiej, bo dobrze by było już zacząć myśleć. Na koniec taka myśl intelektualna. Bo czytam duży esej o malarzu, o którym będę pisać i pojawia się taki wątek, że ten malarz, Barney miał na imię, pozwole sobie zacyrować
"Beyond the received order, risk takers like Newman probed their experience for meaning but with no assurance of realizing it" -- wiec ja odczuwam ze moja praca ma bardzo podobny charakter...jest ryzykowna, bez gwarancji realizacji...i na tym polega jej wartość, ten intensywny metabolizm, w ktorego tajniki starałam się was wprowadzić.

Nie mogę się doczekać kiedy Was zobaczę,
kissonki!

Poza przestrzeń instytucji. „Abstract Expressionist New York: The Big Picture”.



(Artykuł ukarze się w marcowym "Artluku")


„Prawda jest taka,” pisał Alfred H. Barr Jr., legendarny dyrektor Nowojorskiego MoMa „że sztuka modernistyczna nie może być zdefinowana w jakimkolwiek stopniu skończoności zarówno w czasie jak i charakterze, a każda taka próba zakłada ślepą wiarę, niewystarczającą wiedzę, lub akademicki brak realizmu” (przypis 1: Alfred H. Barr, „Modern and Modern”, Bulletin of The Museum of Modern Art 1 (May 1934), p.4.). W swoim czasie Barr był i niekonwencjonalnym pedagogiem – uczestnikom prowadzonego przez siebie pierwszego kursu dla studentów na temat sztuki nowoczesnej „Tradycja i bunt w sztuce nowoczesnej” dawał możliwość prowadzenia zajęć, przydzielając im partie materiału za której opanowanie byli odpowiedzialni – i twórcą określonej wizji muzeum, opartej na formalistycznych, autonomicznych przesłankach, znajdujących odbicie – podobnie jak gust arystokratow-milionerów finansujących powstające muzeum – w gromadzonej przez niego kolekcji. Zorganizowana przez Barra w 1936 roku sławna wystawa „Kubizm i sztuka abstrakcyjna” była pierwszą, jak pisze Sybil Gordon Kantor - autorka monografii osoby odpowiedzialnej za kształt i kierunek historii sztuki modernistycznej (jako jej miejsce docelowe Barr wskazał Amerykę) – która „rozwinęła teleologiczny schemat natychmiast zawierający i historyczny”(przypis 2: Sybil Gordon Kantor, „Alfred H Barr Jr. And the Intellectual Origins of Modern Art”, Cambridge, Mass.: MIT Press c2002, s.315), w którym chodziło o reprezentację akademickiej próby osadzenia modernizmu w tradycji historii sztuki przez „ilustracje prototypów i analogii, źródeł, rozwoju, schyłku, wpływu i niedawnego ożywienia” (przypis 3: Alfred H Barr Jr., Bulletin of Museum of Modern Art (October 1933), s. 4). Ów koncept historycznego oglądu modernizmu realizować miały kolejne wystawy w MoMa: „Masters of Popular Painings” (1938), „American Realists and Magic Realists” (1943), „Romantic Painting in America” (1943), ale take wystawa, której dotyczy ta recenzja.


Na czym polegał ów koncept pokazuje stworzony przez Barra wykres ewolucji sztuki nowoczesnej, zasadzone przez niego drzewo genealogiczne sztuki abstrakcyjnej, po obu stronach ujmowane przez wertykalne osie czasu. Ramowy wycinek od 1890 do 1935 roku stanowi mapę nieuchronnego przeznaczenia sztuki, lecz znamienne, że to kategorie przestrzeni wyrażające jednokierunkowe wpyływy i powiązania pomiędzy poszczególnymi „izmami” i artystami dominują w tej graficznej reprezentacji, która stała się osobnym dziełem oraz przedmiotem badań: purystyczny i ekskluzywny, wyrażający internacjinalistyczny paradygmat rysunek Barra dał intelektualne podwaliny sztuce-dla-oka, której formalistyczne zadościuczynienie zapewnił w następnych latach Clement Greenberg. Przy dacie 1935 po lewej stronie dyrektor MoMa wskazał na „NIEGEOMETRYCZNĄ SZTUKĘ ABSTRAKCYJNĄ”, po prawej umieścił „GEOMETRYCZNĄ SZTUKĘ ABSTRAKCYJNĄ”. To z nich obu – trzymając się wytycznych opartej na progresji idei awagardy – dekadę później wyemanowałby ruch, który zostałby zapewne zaznaczony pomiędzy nimi, nieco bardziej na lewo, powiększoną w stosunku do reszty czcionką: ABSTAKCYJNY EKSPRESJONIZM. Zostawiając na razie na boku rysunek, sięgnijmy wstecz ku temu ruchowi od strony współczesnego podsumowania misji największego dzieła Barra – MoMa – dostępej na stronie internetowej http://www.moma.org/about/. Czytamy „Muzem Sztuki Nowoczesnej jest nastawione na kreowanie dialogu pomiędzy ustalonym i eksperymentalnym, przeszłością i teraźniejszością, w środowisku, które jest responsywne na tematy nowoczesnej i współczesnej sztuki, będąc dostępnym dla publiczności, od badaczy po dzieci”. Od tego moemntu interesować mnie będą zwłaszcza „badacze” i „dzieci”.


(Schemat Barra)

Obecnie w MoMa trwa spektakularna – do tego określenia powrócę – wystawa „Abstract Expressionist New York: The Big Picture”, którą można zwiedzać na trzech piętrach muzeum (3.08.2010- 25.04.2011). Oglądając ją, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że podzielona na trzy części – „The Big Picture”, „Ideas, Not Theories”, „Rock Papiers Scissors” – ekspozycja jest przede wszystkim wielkim obrazem epokowego stylu MoMa, które było jednym z wielu czynników – czasem zazębiających się, czesem wręcz przeciwnie – jakie odegrały rolę w konsolidacji ruchu artystycznego o – jak chciał Barr – międzynarodowym zasiegu, a dziś już także historyczno-artystycznego fenomenu: Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu. Nie jestem odosobniona w takim odbiorze wystawy. Do podobnych wniosków doszła w swej receznji „Pod obstrzałem swoich kolegów” Roberta Smith, budując w swej recenzji napięcie wokół stawianego jej zarzutu „historycznej poprawności” (przypis 4: Roberta Smith, „With The Jury of Their Peers”, The New York Times, Septemper 30, http://www.nytimes.com/2010/10/01/arts/design/01abex.html (14.01.2011)). Chciałabym nawiązać do niektórych wątków z jej tekstu, w swoim skupiając się na wybranych aspektach dotyczacych kategorii przestrzeni oraz niewykorzystanych możliwiości, jakie oferuje poszerzaniu horyzontów doświadczenia sztuki w przestrzeni instytucji kategoria czasu...gdyby tylko bardziej zechcieli brać ją pod uwagę profesjonaliści zajmujący się kuratorowaniem wystaw, mając mniej uwiązane ręce na drodze do uwspółcześnia wizerunków instytycji sztuki nowoczesnej. W szerszym planie sugeruję, iż zaangażowanie współczesnej refleksji historii sztuki, nauki o obrazie i studiów z kultury wizualnej nad czasem (mierzenie się z pojęciem czasu historycznego) zaowocować mogłoby wykraczaniem poza raz historycznie zdefiniowne przestrzenie instytucji ich intelektulanymi i wyobraźniowymi redefinicjami. W poincie tekstu Smith jest apel o zmianę - „Ale sztuka nie jest tak podatna na obrysowanie, a ruchy w sztuce naprawdę stanowią nieporządek. Być może przyszedł czas na nową, mniej wojowniczą metaforę. Jedną z możliwości jest nieustannie rozkładający się parasol, gdzie wszystko – historyczny moment, bogactwa muzeum i nasza świadomość tylko wzrastają” – jakkolwiek taka metafora kojarzy mi się z kolei z protekcjonizmem i niechęcią wobec ryzyka.

Podczas gdy nie ulega wątpliwości, że wystawa pierwszej nowoczesnej Amerykańskiej awangardy sięga do przeszłości, trudno mi zgodzić się, by realizowała swoje kuratorskie założenie (jako kuratorka główna zaangażowana członkini ekipy kuratorskiej MoMa, Ann Temkin, autorka tekstów m.in. na na temat Barnetta Newmana) – tj. oferownianie nowych perspektyw i wglądów w sztukę rozmaitych osobowości twórczych, jakie złożyły się na Abstrakcyjny Ekspresjonizm. Jako chronologiczna prezentacja prac daje ona widzowi bardzo ważny w historii sztuki nowoczesnej wycinek czasu (1940-60), o którym Jed Perl (autor recezji (przypis 5: Jed Perl „The Picture: Ab Ex Nixed”, The New Republic, http://www.tnr.com/article/books-and-arts/78019/the-picture-mostly-charmless-jed-perl-moma (14.01.2011)) trafnie pisze „Ideas were in the air”, oczekując jednakże od niego/niej więcej ruchu i wyobraźni niż sama jest w stanie wygenerować. Przy czym moje zastrzeżenie budzi właśnie samo wykorzystanie „odcinka” - linearnego czasu, dekada po dekacie - ponieważ jednym z pomysłów na uniknięcie powyższej dysproporcji, o jaką z pewnością nie chodziło Temkin, która po wybraniu na kuratorkę MoMa ogłosiła swym priorytetem „zmienianie doświadczenia widzów na wiele sposobów” (przypis 6 : Carol Vogel, „Moma Pics One of its Own Curators”, The New York Times, http://www.nytimes.com/2008/09/03/arts/design/03muse.html published September 2, 2008 (14.01.2011), jest przemyślenie bardziej otwartej i odpowiadającej w dużej mierze niepokornym charakterom twórców i twórczyń prac Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu temporalnej formuły ich bycia pokazywanymi. Przede wszystkim wymykają się one historycznemu czasowi, lub inaczej rzecz ujmując naukowym konceptualizacjom historii sztuki. W czasie, w ktorym powstawały oferowały obecność niejako przeciw historii rozumianej jako progresja, a zwłaszcza jako continuum rozciągające się od tradycji sztuki europejskiej, oferując tzw. „nowe początki”. (przypis 7: Kwestię "prymarnego artstycznego aktu" w kontekście natury historycznego procesu i ujmowania modernizmu problematyzuje np. Gottfried Boehm; Tenże, „A New Beginning: Abstraction and The Myth of The “Zero Hours””, w: „Abstract Expressionism. International Context”, ed. John Marter, Rutgers, The State University 2007, s. 99-107). Nalegałabym tu jednak nie tylko na przemyślenie problemu „początku”, ale i „obecności” jako sposobu bycia prac artystycznych w i z innymi pracami wszystkich czasów. Przywołam tu chociażby głos Johna Baldassari w rozmowie Davidem Sally, który zapytany o pogląd na temat Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu, odparł „It`s gonna be with us. We hear it all the time just like rap music”. (przypis 8: Wypowiedz pochodzi ze spotkania z artystą, jakie miało miejsce 20 listopada w Metropolitan Museum of Art New York, przy okazji jego wystawy „Pure Beauty”). Z kontekstu całego wywiadu wynikało, że artysta miał tu również na myśli wiarę w sztukę, która jest w stanie zmieniać ludzkie postawy. Chodziłoby zatem o nie utracenie impetu, pokazanie, że sztuka odziałuje. Być może wymaga to odnaleźnienia dziecka w badaczu. Trochę z tego mitycznego rozumienia historii również dobrze zrobiłoby wystawie w MoMa.


(fot. własna)


(fot. własna)

A co z przestrzenią? Na osi czasu wystawy Temkin zrobiła przystanki, proponując dwa typy sal. 1. zorganizowane na lini czasu prezentacje mieszanki prac Abstakcyjnych Ekspresjionistów 2. pokoje całkowicie zadedykowane poszczególnym artystom (Barnett Newman, Mark Rothko, Jackson Pollock), które sugerują zwolnienie tempa podczas...śledzenia "łuku ich karier w jednej przestrzeni" (broszura wystawy). Po raz kolejny zatem powraca instytucja i jej silny, przestrzennie wyrażony związek z awangardą: "większość z pokazywanych (...) prac powstawła 1-2 mile od muzeum, jak również były w jego zasięgu wystawiane i sprzedawane" (broszura wystawy). Jak muzeum zaznacza swoją obcecność? Dochodzimy tu znów do wiodącego motywu wystawy, jakim jest „wielki obraz”. Tworząc wielkoformatowe prace w wielkich studiach, głównie na Manhattanie – nieczęsto uświadamiamy sobie tę determinantę wolności, o której mówi Franz Kleine – artyści szkoły nowojorskiej wypalali tony papierosów, a smugi dymu nie przestawały unosić nad ich głowami. Efekty ich buntowniczej pracy wymierzonej przeciw wszystkiemu, co dotąd było znane w sztuce wciąż zachowują jakiś rodzaj struktury, lecz zwłaszcza w przypadku Polloca wymiarzone są one w muzealną ścianę i zamknięcie w ramach tradycyjnie rozumianej przestrzeni wysawienniczej. Tu choreograficzny Pollock ponownie wskoczył na ścianę. Nieledwie materialne malarstwo Rothki wyposażone zostało w bogatą oprawę audialną, która skutecznie odciągała wielu widzów z 45 cm określonej przez artystę optymalnej odległości oglądu jego prac uczyniła...do odległości dzielącej ucho i słuchawkę przewodnika. W sali Newmana MoMa jednak się popisało: na przeciwko obrazu „Vir Heroicis Sublimis” wystawiło ławkę. Wytłumiony został zatem wydźwięk tego obrazu, zakpiono nawet nieco z jego wołania do ludzkiej przytomności i...w końcu było usłyszeć osłodzony rap "Oh my Godness! A więc to są te sławne paski Newmana!" (pierwsze słowa jakie usłyszałam, gdy weszłam do tego pokoju). Trochę sobie teraz żartuję, pisząc o bardzo solidnie przygotowanej i eleganckiej wystawie, ale dla osoby, która po raz pierwszy miała okazję na żywo zobaczyć te obrazy liczy się jednak wszystko, każdy trop, który mógłby naprowadzić na potrzebę redefinicji dobrze znanych dyskursów towarzyszących Abstrakcyjnemu Ekspresjonizmowu. Jest to głównie potrzeba wykroczenia poza jego mainstreamową charakterystykę, jego namaszczenie i utrzymywanie na pidestale wybranych przez Muzeum figur oraz włączenie w kontekst kulturowy, zmianę, czas.


(fot. własna)


Podsumowując, uważam że wystawa jest nie tylko historycznie poprawana, a zatem ugruntowuje to, co już wiemy z podręczników na temat AbEx, lecz jest także w pewnym sensie archaiczna - poprzestaje na prezentacji świetnego materiału, nie korzystając ze współczesnych możliwości wglądu w niego, jako monotonna i jednorodna realizacja będąc zaprzeczeniem jego radykalizmu z lat 40., a ugruntowaniem jego instytucjonalizacji od I 50. W ten sposób Temkin zakotwicza ją w tradycji wystawienniczej MoMa, które znajduje się po obu krańcach ekspozycyjnego schematu jak patron, który po tylu dekadach nie zdążył nabrać dystansu do swej kolekcji, dobitnie ilustrujując swe z niej samozadowolenie. Wymowne w tym względzie jest wypuszczone przez MoMa jeszcze przed otwarciem show zdjęcie zaaranżowanego odbioru prac, na
(mat.prasowe MoMa)
którym znajdują się pracownicy muzeum. Panujący na nim bezruch ludzi oglądających sztukę, wyzerowanie energii i dynamizmu staje się dokumenem dobrego smaku, braku intelektualnego rozpędu i nie dopuszczania zmian, których potrzebę usilnie starałam się zaznaczyć. Sęk bowiem w tym, że sztuka Abstrakcyjnego Ekspresjonizu – paradoksalnie przeciw, ale jeszcze bardziej w zgodzie z twierdzeniem Barra o niedefiniowalności sztuki nowoczesnej – została tu jednak określona wedle jego historycznie ortodoksyjnej wizji jako ugrzecznione dziecko MoMa, na którego wzrost spogląda się z dumą i anielskim spokojem gabinetowego badacza. Ale mleczne zęby trzymają się kości. Sztuka to nie tylko obrazy i rzeźby, ale również sposób myślenia o nich.

(Autorka jest stypendystką Fundacji Kościuszkowskiej 2010/11.)

niedziela, 9 stycznia 2011

Hildegard The Healer - z serii bliskie spotkania 3 stopnia



...i na skraj mego teksańskiego łoża, usłanego pościelą przecenioną ze 100 na 40 $,
ujrzałam spływającą z nieba uzdrowicielkę Hildegarde z Bingen.
- co Ci jest najdroższa córko...? - zapytała czule i przezornie.
- many many things - odparłam.
- How many?
- Twenty! - i wcale jej nie okłamywałam.
- Pomogę Ci, odmów helikopter do Polski, który wezwałaś. Jestem kobietą, nie musisz nic mówić, ja wszystko wiem.
- ...no więc jeszcze do tego wszystkiego wbiła mi się w palec u stopy drzazga, gdy wykonywałam miodowy balet Teresy z Greenpointu...
- pokaż, nie ruszaj się, zjedz truskawkę!

Wtedy Hildegarda wyciągneła z plecionego koszyka domowej roboty maści na bazie ziół z jej prywatnego średniowiecznego herbarium. Podała mi też napar o posmaku błota do ust.
- To będziesz piła przez trzy dni z rana. Jeśli to nie pomoże, to ja się wypisuje z tego biznesu.
Następnie położyła brunatne smarowidło na Chińskim meblu i wyjeła spod szaty zakonnej wielką kule słoneczną, żażącą się mnóstwem ogników.
- Przwożę ją z Niemiec, z Disibodenbergu, ale była też w Japonii od wieków! Zawieszę ją nad tym łóżkiem. To odwróci Twoją uwagę od bólu. Nakazuję Ci też bezwzględnie odstawić ibuprom.
- Tak, Matko Matek, Cudo z Niebiosów!
- Dziś przyśnią Ci się trzy koty. Jeden z nich będzie czarno-biały. Przybłęda. To ty. U jego szyi zawiśnie karteczka, że kotek musi iść do lekarza. Weźniesz kotka na ręce i zobaczsz drugą karteczkę o następującej treści: "Ja już z kotekim byłam u wetka. Twoja Szamanka, Odwieczna Hildegarda". Przygarniesz tego kotka do piersi.
"Sam widok Hildegardy i jej słowa były już wystarczającym lekarstwem na moje dolegliwości i strapienia, co dopiero jej naturalne medykamenty" pomyślałam.
I wtedy Hildegarda pozbawiła się miasta Austin w Texasie i ujrzałam ją z powrotem wpływającą do nieba. Odbiła z mego czoła, zabierając po drodze drzazgę z czwartego palca od lewej u prawej stopy.

czwartek, 6 stycznia 2011

List Apostolki do Wspólnoty Ab.Lif.Fell.+Polskie Lesbijki





(przygotowany na następna niedzielę)

Siostry i Bracia w Duchu z Texasu oraz Polskie Lesbijki...

Jest niedziela, godzina 11., Austin, Texas, pasmo nadawcze, powiecie, nieznane...
ale ja postraram się je Wam przybliżyć.

Rzucona zostałam w pobliże Waszej przeuroczej wspólnoty religijnej jako Apostołka XXI wieku, dlatego na początek podajmy sobie ręce. Jakoś tak się złożyło, widziecie, "nie daleko Pana pada cień tej jabłoni... lecz co "jabłoń", co "Pan"...Yhm Yhm...
Wasz czcigodny Przewodnik Duchowy już let mi speak! czuję się zobligowana do jak najbardziej treściwej w duchowe soczki mowy.

Staliśmy się zatem sąsiadami, was 10 osób, przeważnie dzieciatych i ja sama jedna - od tego chciałabym zacząć. Sąsiedztwo jest relacją i to jest temat. Może to być relacja powietrzna, kosmiczna, niepoprawna, czubata, przyjacielska, o posmaku wieczności...Mnie ta nasza relacja zajmuje, odkąd tu przybyłam: Wy niedzielne śpiewaki, zagrzewani przez samozwańczego interpretora Biblii - jakiż mógłby być?! - ja wyjec wewnętrzny i samowolka w zakresie intelektualnych wyborów humanistyki XXI wieku. Dzień dobry! Wy siedzicie w gromadzie i słuchacie, przytulając się do siebie - ja siedzę se sama ze sobą wydana na pastwę abstrakcyjnych myśli, z dystansem juz nawet do słów Rilkiego "Musisz zmienić swoje życie".

Musisz albo i nie musisz! Do czego dążę, do czego znów zmierzam. Otóż zamarzył mi się taki domek z kamienia jak Wasz, taki wspólny dach dla Polskich Lesbijek. Ileż tęsknot i osobistych ambicji mi się tu zbiega. Posłuchajcie uważnie, przybyłam tu bowiem jako Apostołka XXI wieku, czyli jest coś na rzeczy, coś mamy ze sobą wspólnego. Tyle że moja mowa nie jest przełożeniem nauk biblijnych na pragmatykę amerykańskiego dnia, lecz nawoływaniem surokatki na pustyni. Z całym szacunkiem do form duchowości, ale te Wasze piosenki do Dzizasa jakoś męczą mnie i niepokoją...ale i inspirują. Są jednak nagłe fale upałów, powiadam, które mogą przynieść niespodziane efekty - LESBIAN TEMPLE IN POZNAŃ czyli: zero przygasania jakby pod płonącą, lecz cudzą świecą, płomieniem długiego, o wiele za długiego Jezusa, lecz życie!!!! pływanie w zdroju niewinnej pieszczoty.

Jak ja to widzę? Widzę zgromadzenie artystek intelektualistek i wszelakich amatorek oraz przyjaciół i przyjaciółek lesbijek. I Oni wszyscy contribute to my project. Czy wciąż jesteście ze mną?

PRIMO Widzę jadłodajenie z lesbisjkim menu, a więc np.:
1. leczo Safony
2. klopsiki Virginii Wolf
3. butch&famme vegetarian combo
4. performatywne grzanki i masełko czosnkowe Judith Butler
5. pseudokoszerne przekąski córki Cher (dla głodomorów!)
6. zupa, do ktorej splunęła Marlene Dietrich!
etc...

SCEUDNO Widzę scenę na której będzie się działo oj będzie się działo:
Artystki z całej polSki wszelkich dziedzin - dramat, performance, taniec, poezja, film etc...WELCOME

tERTIO: Widzę przestrzeń wystawienniczą dla twórczyń sztuk wizualnych, plastycznych. Tu będą się odbywały panele dyskusyjne konferencje, dyskutowane będą kluczowe cywilizacyjn0-światopoglądowe kwestie.

po czwarte: widzę CENTRUM EDUKACYJNE- Mijsa- Statement in construction
MARZY MI SIĘ BIBLIOTEKA z Lesbian, gay, queer, trans theory STUDIES

WIDZĘ TABLICe Z kolorowymi OGŁOSZENIAMI WSZELKIEJ MAŚCI; np "Szukam partnerki do wspólnych medytacji" "Pokój zwariowanej lesbijce wynajmę" "Do takiego a takiego projektu artystycznego potrzebna..." ITP ITD

WIDZĘ Gift Shop a jak! Z pięknymi upominkami dla każdego. Np.zostałeś zaproszony na urodziny do koleżanki, ktora Ci się podoba, ale czujesz że coś jest nie tak, coś nie styka, jakaś mało responsywna ona jest na Twoje amory. Więc co robisz. Przychodzisz Do Lesbijskiej Świątyni-Centrum i kupijesz lesbijkę-mini-fugurkę z gipsu naszej cudownej artystki X. za 25 zł. i wręczasz jej, oczekując rozstrzygającej reakcji.

Ocho, Wspólnoto Obsitości tu w Austinie, już dziś Was zapraszam na program wymiany do mego duchowo-cielesnego centrum. co to dopiero będzie!!!!

Mam już nawet upatrzone jedno miejsce...




Hallleluja

sobota, 1 stycznia 2011

On my way to Texas

jfk…and what am I doing so ridiculously early in the morning at this airport…?!!! Otóż szukam interneciku, zasięgu. Postanowiłam też poprzeszkadzać Gatowemu od US Airways w tej sprawie. Co za bezczelny typ. Mój laptop wylapuje siec BritishAirways, ale nie US Airways, dlatego pytam o hasło do sieci BritishAirways, a on że nie wie! Może ja mam jakieś schizy pseudokacowe, ale wydaje mi się takie zachowanie wyjątkowo niegrzeczne. Kochani, dalej co innego. Chcę się odmieszczszyć w Texasie, ponieważ całe życie jestem piprzonym mieszczuchem spod klosza. Nie wiem co z tego wyjdzie. Być może tak ma zostać, ale przynajmniej na starość nie będe sobie wyrzucać, że nic nie zrobiłam w tej kwestii. A oto co zrobiłam: Przez cały wieczór latałam z walizką ważącą 39.5 lb po Nowym Jorku. Chciałyśmy sobie z Dżoaną wyzłocić oczy w Sephorze, ale coś nam się pojebało. Nie będę tego wyjaśniać, skończyłyśmy na zapchanym Time Square, gdzie bezlitośnie przejechałam walizkoą po wielu ludzkich stopach, rozdzierając ich skórę, miażdżąc im kości. Można powiedzieć, że zaliczyłam i sylwestra na Time Square. Potem znów na chwilę stałam się mieszczuchem, kilka godzin spędzając w domku na imprezie New York Tango Community. Nie było od wczoraj snu. That`s ok! To działa na mą korzyść. Chciałabym jednak dziko teraz spróbować pożyć: wyrobić se dupe na siodle, pozwolić brodzie ścieknąć z policzka. Powiem wam też, że na kacu najlepiej się podóżuje. Jak leciałam do Stanów, strasznie się przejmowałam, nawet potem tym lotem, ale wreszcie pękło. Przyjechałam około 4 na terminal 7, skołowana lekko winkiem, złakniona snu, ale zwlaczająca te mieszczskie nawyki w sobie, z takim samopoczuciem, że mam ....., czy ja gdzieś polece czy nie polecę. Mam ...., czy coś tam coś tam, czy coś tam coś tam. Powtarzam swe pytanie skierowane do Gateowego, powkurwiam go w takim razie „I just wanna ask if you know the password to the internet”. A wygląda jakby miał coś ważnego do roboty, a jak się odwraca ode mnie! Ludzie siedzą, bułki jedzą. Lecz co ja mam zrobić ze swą miejskością, ze swym kloszem? Co ja mam w gole za pytanie? Jak potłuc je, roztraskać? Jak ogorzeć? Może ja powinnam cofnoć się do Check-Inu po swoj bagaż i pójść na piechotę do Texasu...Z przysiadką w Charlotte.
A teraz czas na życzenia noworoczne. Jak wrócę i zobaczę, żeście zasiedziali, to nakopie wam do tyłków. Nie mówcie do mnie za dużo o drobiazgach, bibelotach emocjonalnych. Interesuje mnie perspektywa globalna z lokalnymi smaczkami. Np. Jak się je Chińczyka, to trzeba się liczyć z efektami specjalnymi! Docenię każdy drobny gest naruszający dotychczasową granicę, poprzeczkę wygody, komfortu, przyzwyczajenia. Sekretnie gdzieś tam pobłażając miszczuchowi, nie będę mieć jednak okazałej wyrozumialości.........także strzezcie się!

Ps ladowanie w Charlotte...podchodizlismy 2 razy taka mgla. Nie widzielsmy ziemi. To lotnisko mnie sie podoba jednak, bo jest internecie. Lekka mgla, a mnie juz mieknie rura. Jestem potwronie zmeczona. Nie mialam nawet czasu zmyc balowego makijazu. Mamja tu spiewajaca sprzataczke w toalecie „Happy New Year`s Pee” – dolaczam do noworocznych zyczen!

ps 2 Wciaz czekamy na samolot skads tam, ktory poleci do Austin. To nie jest fajne tak krazyc. NIech juz laduja!

ps Sylwester: uczylam sie krokow Salsy, Reggaeton i poznalam kilka interesujcych osob. A Wy: you you and you?

czwartek, 30 grudnia 2010

NiE ZDAZYŁAM...(opowieść po poręczy)










Przez sopocką ulicę przebiegła postać w błękitnym stroju...
Przed chwilą poniosłam rower znad śniegu i rozmawiając z wyrastającą z zaspy własną Matką, zapinałam łańcuch.
- Córciu, musimy porozmawiać.
- No musimy, musimy...Najlepiej czym prędzej chodźmy do pobliskiej herbaciarni.
- Ojciec w nocy chciał podwiązywać mi żyły. Ja już sobie...
-...prawie podcięłaś je sobie z miłości - czy tak, Matko?
- Tak, córciu, ja tak kocham...




Ta postać zatrzymała się przed nami i zaczęła strugać czarnymi brwiami po Aramejsku. W ten sposób dawała nam do zrozumienia, że jest dawną naszą znajomą, matką Katarzyny Aramejskiej, multikulturową lingwistką. Każdemu jej wyjątkowemu krokowi towarzyszył inny skos brwi, inne wyprofilowanie reszty twarzy.
- Tak to ona - powiedziała Matka.
- Uff...to dobrze, bo już myślałam, że Twój szef.

Lecz wyprzedziłam nieco faktyczny rozwój wydarzeń, powiecie, a ja się po części zgodzę.

Na JFK jest 8 terminali, a każdy z nich ma wiele, wiele gate`ów. Możecie sobie wyobrazić jak się czuję z taką ilością. Dlatego na lotniosko wybrałam się dzień wcześniej - rezygnując z Frick Collection z Herbaciarni, która zastąpiła studio Rothki na ..............NY - ale przynajmniej mając pewność, że dotę we właściwe miejsce, z którego polecę do Texasu. Heideggeroska troska jest chyba moją najmocniejszą stroną. Wyobraźcie sobie troskę nieco podkręconą trawką...przecież to już jakaś super troska, nieznośna!



Przy rękawie prowadzącym do samolotu poznałam rosłego Afroamerykanina, który chętenie pomieszkał by w Polsce. Wzięłam go na bok, mówiąc do Asi, która przyszła mnie odprowadzić "Idź już, Asiu". Cóż za sakramentalne słowa - pożałowałam ich natychmiast, gdy Asia wzięła je do siebie, odwróciła się napięcie i poszła. Za dużo tego Heideggera - ponieważ od razu odezwało się sumienie. Gryzło mnie całą krętą drogę przez rękaw, który wprowadził mnie w pierścień kolejnych terminali.
Mężczyźni są jak mężczyźni wychodzący z windy. Robią miny, gapią się, idą przed siebie. Jeden taki nie był nawet w stanie udzielić mi informacji, dlaczego zniknęły AirTrains i coś jednak jest nie tak. Minęliśmy się. Ja w swojej czarnej kurce, dżinsach i kowbojskich kozakach, on w garniturze. Jak wściekłe psy się na siebie wytrzeszczyliśmy. Jemu spuchły policzki i pokazał kły, a ja mu w tej samej chwili odparowałam "Get out of my way!" i wzięłam po nim windę na dół.



...Gdzie jest ten terminal o nazwie...???...7A...7B...TERMINAL ASIA...Jak mogłam się nie pożegnać. Przecież teraz nie będę mieć już takiej możliwości. Jak się obudzę zrobie Asi kanapkę z jajkiem i majonem zapoczątkowujac rytuał pożegnania. Tymczasem zapytam o niego w kaplicy. Strażniczą Gata do Kaplicy jest młodziutka latynoska siostra zakonna, nie opiszę wam jednak jak wygląda.
- Siostro, szukam gate`a ...7A...7B...TERMINAL ASIA...
- God Bless you, dziecko, nie jestem informacją JFK.
Alleluja Alleeeeeluuuujaaa, Aaaaaalelujaa
cdn.

Unisex

Unisex
Harlem

tracking code